niedziela, 9 lutego 2014

29. Blog&Lol

We meet again, chociaż widzę, że zmieniłeś nick, R. Batesie.

§ Pierwsze wrażenie
A. Adres
Wielce mnie zastanawia, co Cię skłoniło do pozostawienia tego adresu, blogandlol. Bo rozumiem, że jakiś trzeba zająć, a nie każdy z tych, które byśmy chcieli, jest wolny, ale adres ma to do siebie, że można go łatwo i szybko zmienić, jak się wymyśli coś lepszego (i w przypadku Bloggera adres zmieniłby się automatycznie w listach wszystkich obserwujących bloga). I tak jak tytuł samego tekstu już bardziej zachęca, po zobaczeniu takiego adresu oraz tej samej frazy na belce bloga ileś osób z pewnością poszuka czegoś innego, bo co jak co, ale blogandlol nie zapowiada opowiadania – no, a przynajmniej nie opowiadania scy-fy, bo wszyscy wiemy, że pod różnymi tytułami ałtoreczki chowają swoje dzieua.
Zgodnie z życzeniem, nie oceniam szablonu, chociaż ani nie wpłynąłby na ocenę, ani nie miałbyś się czego obawiać, bo szablon moje wymagania spełnia, nawet jeśli mi się nie podoba.

§ Treść
A. Fabuła
Mówisz, że scy-fy? Cóż, elementu scy-fy odmówić nie można, ale zdaje się tu robić głównie za tło, bo treści są już bliższe… A zresztą, sama nie wiem, czemu bliższe są treści, bo miotasz się po tematach i wszystkiemu poświęcasz tyle samo (mało) uwagi, że Czytelnik sam nie wie, co tu jest głównym wątkiem, co pobocznym, czy w ogóle z jakimiś mamy do czynienia, czy może jedynym wątkiem jest śledzenie życia Makarego Stanleya. Ale po kolei.
Przede wszystkim gnasz z wydarzeniami na złamanie karku, aż Struś Pędziwiatr dostałby zadyszki. Początkowo myślałam, że to tylko kwestia nieudolnego wykonania i/lub rozplanowania fabuły, ale im więcej tekstu miałam za sobą, tym silniejsze stawało się wrażenie, że piszesz i publikujesz na bieżąco, a wręcz bez jakiegokolwiek planu. W „Euforii” od samego początku panuje pewien chaos, wytrącasz Czytelników z równowagi brakiem wyjaśnień i ciskaniem w nich wydarzeniami jedno za drugim, ale zamiast wyjaśniać coraz więcej wraz z upływem tekstu, Ty dodajesz kolejne wątki, zdając się przy tym zapętlać nieco we własnej historii, aż ostatecznie dajesz mi mocny argument za tym, że jednak publikujesz na bieżąco i bez planu: w rozdziale 6c, kiedy w dość prostacki sposób przypominasz Czytelnikowi o rzeczach sprzed odcinka czy dwóch wstecz! To zabieg bardzo serialowy, takie przypominanie co było w poprzednim odcinku, w tekście literackim nie przystoi i jako autor, jeśli już koniecznie chcesz pisać i publikować na bieżąco, powinieneś przynajmniej sprawdzić swój tekst i wyeliminować podobne wpadki.
Dodatkowo, mamy ledwie siedem rozdziałów, łącznie raptem jakieś 197 tysięcy znaków. W tym czasie zdążyłeś pokazać więcej epizodów i rozpocząć więcej spraw, niż zdążyłeś (chciałeś?) wyjaśnić, co rzadko kiedy wpływa dobrze na odbiór. Póki co poznałam jako-taką odpowiedź na wyłącznie jedno pytanie (dlaczego Makary ni z tego, ni z owego ma epizody zachowywania się jak najgorszy kawał chama wśród dzielnicowych dresiarzy), ale nawet i to podważasz, bo ledwo uraczyłeś Czytelnika tą odpowiedzią, to od razu wskakujesz w głębokie konspiry i zabawy w „tak to jest… a może?”. Nie chcę przez to powiedzieć, że taki zabieg jest zły – chcę zwrócić Ci uwagę na szwankujące wykonanie. Przy obecnym tempie ciskania w Czytelnika wydarzeniami, taki „zwrot akcji” tuż po poznaniu (wreszcie jakiejś!) odpowiedzi powoduje we mnie reakcję w stylu „O Boże, znowu wracamy do punktu wyjścia”. Chyba nie o to Ci chodziło, prawda? Zdaje mi się, że celowałeś raczej w „Hyyyyy! To w końcu on jest chory czy nie?!”.
Przede wszystkim zwolnij. Zwolnij, rozplanuj sobie opowiadanie i rozłóż te wszystkie epizody w czasie. Ostatnio przedstawiono mi ciekawy – i w moim przypadku skuteczny – sposób na takie planowanie (artykuł w języku angielskim, ale jakby co, to chętnie pomogę). Przy okazji uwypuklij główny wątek – na tym etapie powinnam go móc zidentyfikować, podczas gdy nadal nie potrafię tego zrobić nawet z odrobiną pewności, a to nigdy nie rokuje dla autora dobrze.
Zastanawiam się, czy coś jeszcze tutaj napisać, ale ostatecznie wszystko i tak sprowadza się do tych paru czynników: za dużo i za szybko, za mało wyjaśnień, nieodpowiednie proporcje przez które nie wiadomo, co jest wątkiem głównym.
Z rzeczy nie tak stricte fabularnych, ale związanych z planowaniem tekstu dodam, że gdyby nie ocena, to osobiście porzuciłabym lekturę „Euforii” już po pierwszych dwóch akapitach maks. Tak, pierwsze wrażenie nie musi być prawdziwe, ale jeśli nie zachęcisz Czytelnika do tego, by zagłębił się w Twój tekst – a dwa pierwsze akapity zdecydowanie bardziej nudzą niż zachęcają – to wydaje mi się, że większość jednak rzuci tekst i poszuka czegoś ciekawszego. Zastanów się, czy nie ma jakiegoś innego, ciekawszego sposobu na wciągnięcie Czytelnika w historię oraz na przedstawienie mu Makarego. Wspomnij własne ulubione powieści – ile z nich zaczynało się od pseudofilozoficznych, patetycznych opisów czegoś, po których następował przydługi opis wyglądu głównego bohatera (który to opis pojawia się tylko raz, tylko w tym miejscu, ale o tym szerzej w innym miejscu)? Zgaduję, że niewiele, jeśli jakieś w ogóle. Przemyśl to sobie bardzo dokładnie, kiedy będziesz poprawiał tekst.

B. Dialogi i opisy
Dialogi są. I ten czasownik najlepiej określa ich stan, gdyż nie wyróżniają się niczym w którąkolwiek stronę. Z jednej strony dobrze, bo nie zgrzyta i nie razi w oczy, ale z drugiej jednak lepiej, kiedy dialogi przynajmniej czasem się czymś wyróżniają, zapadają jakoś w pamięć. Najbliższy temu drugiemu stanowi jest Aleks, lecz to też nie tyle zasługa dialogów stricte de facto, co tego że w Aleksie widać i pomysł na postać, i konsekwentnie realizowanie jej kreacji, a że Aleks nie ma innego miejsca na pokazanie się niż dialogi, to przy okazji nieznacznie poprawia ich ogólny odbiór. Cała reszta ani mnie ziębi, ani grzeje, jeśli mówimy o stronie technicznej, w paru przypadkach dialogi mnie ruszyły, ale to dlatego że bardzo, ale to bardzo nie zgadzałam się z głoszonymi przez postaci poglądami. Ostatecznie, nie bardzo wiem, co Ci w tym konkretnym temacie powiedzieć. Łatwiej byłoby mi cokolwiek poradzić, gdyby Twój zamysł na fabułę, niektóre postaci oraz ogólny klimat całości był dla mnie jaśniejszy. Bo jeśli w zamierzeniu dialogi miały nie zwracać na siebie uwagi i tylko popychać akcję do przodu, a postaci miały być bliższe prawdziwym ludziom niż bohaterom filmów, którzy co chwila rzucają jakimś zapadającym w pamięć tekstem, to jesteś na dobrej drodze. Jeśli celowałeś w coś innego lub zupełne przeciwieństwo tego, co właśnie opisałam – obawiam się, że bez remontu w samych postaciach oraz zamierzeniach fabularnych jakiekolwiek zmiany w dialogach będą bez sensu, bo albo nie będą widoczne, albo wręcz przeciwnie, będą widoczne i będą się odcinać na tle reszty tekstu jak plama na białym obrusie.
W kwestii opisów mogę powiedzieć tylko jedno: mało. Za mało wszystkiego, a gdy już coś jest, to bardzo często pojawia się w nieodpowiednim miejscu czy nieodpowiednich proporcjach. Masz brzydką, paskudną wręcz tendencję do opisywania pierdół – czasem opisywania ich przy użyciu większej ilości słów niż potrzeba, co z kolei wywołuje, zależnie od sytuacji, rozbawienie, irytację lub rezygnację – i niepoświęcania niemal żadnej uwagi rzeczom naprawdę ważnym dla fabuły, kreacji postaci czy świata. Coby nie przedłużać i tak długiej oceny, wytknę tylko kilka przykładów tej maniery, za to postaram się przedstawić nimi skalę, jaką Twoja maniera obejmuje.
Po pierwsze: rzeczy błahe, banalne opisujesz ośmioma słowami, kiedy wystarczą dwa. W najbardziej skrajnym przypadku udało Ci się tak udziwnić, na przykład, zmysł węchu, że niechcący sugerujesz, jakoby Makary był biologicznie zmodyfikowany. Padło to w rozdziale 2a: „Gdy się pochyliła receptory węchowe Makarego zarejestrowały delikatną, cytrusową woń […]”, gdzie poczułeś potrzebę użycia aż czterech słów – „receptory węchowe Makarego zarejestrowały” – tylko po to, by powiedzieć, że „Makary poczuł” (dwa słowa). I rozumiem, że każdy z nas ma receptory węchowe, nie zapominaj jednak, że piszesz scy-fy, w dodatku unikasz przedstawiania jakiegokolwiek kontekstu, skąd zatem Czytelnik ma mieć pewność, czy udziwniasz rzecz banalną, czy jednak próbujesz subtelnie dać do zrozumienia, że biologiczne modyfikowanie ludzi w XXII wieku jest czymś na porządku dziennym?
Po drugie: masz tendencję do skupiania się na czynnościach czy wydarzeniach banalnych, niepotrzebnych z punktu widzenia fabuły, które rozbudowujesz do niepotrzebnie dużych rozmiarów. W rozdziale 4a, jak na prawdziwą nastoletnią ałtoreczkę przystało, mamy cały akapit składający się z sześćdziesięciu dziewięciu słów tylko po to, by powiedzieć, że Makary się ubrał i wyszedł. Czy Czytelnikowi potrzebna jest do szczęścia znajomość całego procesu, w którym na dodatek nie ma niczego niezwykłego? Nie. Czy treść stanie się niezrozumiała, jeśli nie opiszesz dokładnie w co Makary się ubrał? Nie. Czy świat runąłby komukolwiek na głowę, gdyby skrócić to ałtoreczkowe cackanie się do prostego zdania w stylu „Makary rzucił szlafrokiem o ścianę, wprawiając domowego pomocnika w ruch, po czym ubrał się, wziął ze stolika komunikator i aplikator z Euforią, a następnie wyszedł”? Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! Bardzo podobny zarzut mam do tego długaśnego erotycznego opisu z rozdziału 6c. Z mojego punktu widzenia, patrząc na opisane w tekście konsekwencje owego erotycznego snu, jest on tam tylko po to, żeby Sylwia mogła zauważyć, że Makary ma erekcję. I ewentualnie dla własnych autorskich podniet. Poza tym ów długaśny fragment nie wnosi niczego do fabuły, nie buduje specjalnie nastroju (bo i jaki nastrój miał tu być budowany? Frustracja bohatera, że go wyrwano z przyjemnego dlań snu? Gdyby o to chodziło, to byś poświęcił tej frustracji więcej uwagi już po przebudzeniu), nie służy absolutnie niczemu, za to zajmuje miejsce, które powinieneś poświęcić na uwiarygadnianie i przedstawianie mnóstwa innych, o wiele ważniejszych rzeczy.
Wszystkie pozostałe przykłady niedomiaru opisów odbijają się bezpośrednio na kreacji świata, zatem omówię je właśnie tam. A że w kwestii opisów stricte de facto to już raczej wszystko, pozostałe rzeczy wynikają z wad w stylu, nie w samych opisach, to nie zwlekajmy już dłużej, tylko idźmy naprzód. Zgodnie z Twoją własną dewizą z „Euforii”, by Czytelnik nie musiał czekać pomiędzy epizodami za długo, Ciebie też nie będę zmuszać do zbyt długiego czekania na kolejną porcję analizy.

C. Styl
Szczerze? Nie widzę wielkich zmian, a ostatni raz czytałam coś Twojego autorstwa ponad trzy lata temu. Nie jest to styl doskonały, nadal mu trochę brakuje (zwłaszcza opisów), ale nie szarpie przy czytaniu zbyt często. Niestety, nadal masz momenty, kiedy szarpie, a wtedy szarpie całkiem mocno.
Tak jak miałeś nadprzymiotnikozę trzy lata temu, tak nadal ją masz. Co prawda teraz najbardziej odbija się przy opisach bohaterów, gdyż to są największe zbitki słów, które cokolwiek konkretnego opisują, co nie znaczy że wszędzie indziej jest idealnie. Przystopuj z przymiotnikami, bo to w gruncie rzeczy puste słowa, a im bardziej nadużywane, tym bardziej puste. Używając banalnego przykładu, „wysoki mężczyzna” maluje o wiele słabszy i bardziej blady obrazek od „giganta” czy „olbrzyma”. Podobnie rzecz się ma z zaimkami (dałeś rady pozbyć się większości dzierżawczych, ale pozostałych nadal widzę u Ciebie sporo): „powiedział głośno” to nijaki opis w porównaniu z „ryknął”, „huknął” czy „zagrzmiał”. Dobrym rzeczownikiem czy czasownikiem zbudujesz o wiele bardziej plastyczny opis niż całą toną przymiotników czy zaimków z nijakimi rzeczownikami czy czasownikami. Jakość ponad ilość.
Mam też wrażenie, że nie bardzo potrafisz odnaleźć równowagę pomiędzy próbami brzmienia „poważnie i dostojnie” a „prosto i konkretnie”. Raz przesadzasz z patosem – „Emanująca wielobarwnym światłem Io właśnie przegoniła ceglasto-siwą Europę i ponownie zaczęła oddalać się od jaśniejszej konkurentki, zupełnie jak zazdrosny podlotek, co zaczepia, a potem czym prędzej ucieka.” (R1a) – po czym sadzisz zdaniem niczym z wypracowania ucznia podstawówki – „Działo się tak, bo Aleks był także pilotem.” (R1a). Przede wszystkim zastanów się, jak chcesz pisać. I nie mówię tu o dokładnym zaplanowaniu, w jakim tonie ma być napisany Twój tekst. Pomyśl o swoich literackich wzorach, do czyjego stylu aspirujesz, czyj Ci się najbardziej podoba, czyj wzbudza w Tobie największe emocje i dlaczego? Zanalizuj swoje wzory i zanalizuj, jak ci autorzy sprawiają, że ich historia staje Ci przed oczami jak żywa. Kiedy to zrobisz, kiedy odpowiesz sobie na pytanie, do czyjego stylu pisania aspirujesz, będzie Ci łatwiej określić, czy powinieneś tępić pisanie tak prosto, że aż szkolnie, czy może powinieneś pilnować przesadzania z patosem, czy może (i pewnie najbardziej prawdopodobnie) będziesz musiał odnaleźć swój złoty środek. Dopóki Ty nie określisz się jasno, jak chcesz pisać, do czego dążysz, myślę, że żadna ocena nie będzie w stanie Ci pomóc.
Często brakuje Ci również wyczucia w doborze słów czy porównań/metafor. Czasem są to pojedyncze słowa, czasem całe zdania, w których coś zostało kiepsko skonstruowane, przez co osiąga efekt odwrotny od zamierzonego. W rozdziale 3b piszesz, że Makary „Bosymi stopami deptał po miękkiej, ciepłej wykładzinie, co chwilę wykonując nagły ruch lub przyjmując epicką pozę […]”. Czy owa epicka poza miała być elementem komicznym? Jaka to w ogóle jest epicka poza? Internet tak nadużył przymiotnika „epicki”, że stracił na znaczeniu oraz mocy, dzisiaj wszystko może być epickie, nawet dostanie dobrej oceny na teście, na który się nie uczyło. Kawałek dalej w tym samym rozdziale piszesz, że „grane przez nie melodie były jak dawno zapomniany przez świat sarkofag”. Jak dźwięki mogą być jak przedmiot? Co melodie mają wspólnego z sarkofagiem? To porównanie brzmi, jakbyś zgubił rozwinięcie tego porównania, np. „jak OTWORZENIE dawno zapomnianego sarkofagu” czy „jak ODKRYCIE TAJEMNIC dawno zapomnianego sarkofagu”, czy cokolwiek innego. Raz czy dwa nawet taka pierdoła jak niedopasowanie słów z interpunkcją wpływa na odbiór. Wystarczy że, tak jak w rozdziale 5c, napiszesz „odparł” po wypowiedzi zakończonej wykrzyknikiem (konkretnie: „To nie było morderstwo!”), a już tworzysz dysonans pomiędzy emocją zasygnalizowaną wykrzyknikiem a miałkim komentarzem narratora. Biorąc pod uwagę, że pracujesz nad swoim stylem już tyle lat, a zmiany są minimalne lub nawet żadne, mogę Cię jedynie zachęcić do znalezienia dobrej bety ze zmysłem/intuicją redaktora. Naprawdę, mówię z własnego doświadczenia, że sami możemy sobie pomóc wyłącznie do pewnego momentu, co bardzo często nie jest jeszcze szczytem naszych możliwości – ale żeby tam dojść, potrzeba bystrego oka kogoś innego, kto nie będzie się bał wyrazić swojego zdania. I to oko będzie musiało pomagać regularnie, a nie sporadycznie, jak to jest w przypadku ocen.
Ogólnie rzecz biorąc, chociaż sporo tych zgrzytów wypisałam, styl naprawdę nie jest aż tak koszmarny. Jak już się zacznie czytać, to chociaż nie jest to styl wybitny ani wielce porywający, ogólnie nie przeszkadza zbytnio przy lekturze – to cała reszta, od fabuły i postaci, aż po kreację świata, o której zaraz, sprawia, że nie miałam ani odrobiny chęci do lektury „Euforii”. Marne pocieszenie, ale zawsze jakieś.

D. Kreacja świata
Z ciekawości odświeżyłam sobie Twoją ostatnią ocenę na Ławie, tj. kiedy Morri oceniła „Raiderpunka”. I jeśli mam być szczera, w kwestii kreacji świata mogłabym powtórzyć to samo, tylko wytykając inne konkrety: strzeliłeś sobie w stopę umiejscowieniem akcji na Ziemi (w tym w Polsce) za sto lat, bo żeby Czytelnik to kupił, potrzeba o wiele więcej wyjaśnień. Ty wszelkich opisów, wyjaśnień, kontekstu, wprowadzania Czytelnika w cokolwiek szczędzisz tak bardzo, że nawet gdybyś zaczął tworzyć zupełnie inny świat, to ledwo-ledwo byłby zarysowany, zaś w przypadku kiedy próbujesz mnie przekonać, że tak może wyglądać relatywnie niedaleka ziemska przyszłość – cóż, niedosyt jest ogromny, pytań więcej od odpowiedzi i ostatecznie mam wrażenie, jakbyś na siłę trzymał się tej wersji wydarzeń, bo jest Twoja i/lub jesteś z nią emocjonalnie związany. Rozwiązania widzę dwa: albo zaczniesz opisywać i przekonasz Czytelnika, że Twoja wizja Ziemi za sto lat może się wydarzyć, albo zrezygnujesz z tego pomysłu całkowicie i stworzysz nowe miejsce akcji (niekoniecznie zupełnie inne, ale nieokreślone miejsce w nieokreślonym kraju gdzieś na Ziemi – za sto lat wiele może się wydarzyć, kto powiedział, że dzisiejsze państwa będą wtedy w ogóle istnieć?).
Patrzę właśnie na moje notatki i dochodzę do wniosku, że chyba najbardziej przejrzyście będzie, jeśli wypiszę i omówię moje uwagi po kolei w punktach, a dopiero pod koniec odniosę się do nich ogólnie.
* Cała sprawa gwałtu na Ewie jest mało ugruntowana w realiach i zdajesz się sam sobie przeczyć. Z jednej strony prostytucja jest legalna, a hostessy to, jak rozumiem, jedno źródło takich usług. Mają umowy o pracę, Ewa mogła na Makarego naskarżyć, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że pomimo tej całej przyszłości i postępu, podchodzisz do tematu bardzo z punktu widzenia dwudziestowiecznego Polaka. Jest ustawa, jest umowa, jest grzywna w ramach kary dla Makarego i na tym koniec, oto ta cała świetlana przyszłość zalegalizowanej, społecznie akceptowalnej prostytucji. Przez sto lat, kiedy już teraz trwa walka o zmiany nie tylko w prawie, ale także w nauczaniu chłopców o męskości, zgodzie, szacunku i wielu, wielu innych sprawach, nie zaszły jakiekolwiek zmiany w mentalności i wystarczy, że według umowy wypłaci się hostessie odszkodowanie? To ma jej wynagrodzić traumę, ewentualne leczenie chorób (wenerycznych czy psychicznych) czy opiekę w związku z potencjalną ciążą (aborcja czy też pomoc w zapewnieniu dziecku i matce odpowiednich warunków)? Nie, naprawdę mam wrażenie, że całą tę sprawę potraktowałeś bardzo pretekstowo (jest Ci potrzebna jako wyzwalacz choroby Makarego i tyle) i bardzo po łebkach (uwagi wymienione teraz), kompletnie ignorując to, co się dzieje dziś, w dwudziestym pierwszym wieku, aby prostytutki miały przynajmniej bezpieczne warunki pracy (opieka zdrowotna czy opieka policji już teraz są na porządku dziennym w niektórych krajach), a także aby wychowywać nowe pokolenia chłopców i dziewczynek w świadomości takich rzeczy bezpieczny seks, „brak zgody nie jest zgodą” czy „gwałt nigdy nie jest winą ofiary”. Biorąc to pod uwagę, po prostu nie kupuję, dlaczego Ewa nie pociągnęła sprawy dalej, dlaczego nie domagała się np. zwolnienia Makarego z pracy czy zabrania sprawy do sądu – brakuje tu większej ilości wyjaśnień co do tła społecznego, bo nie wszystko można zwalić na plecy w postaci Aleksa i tyle, lecimy dalej, bo ten epizod nie jest aż tak ważny.
* „Gdy widoczna z Ziemi strona Księżyca była utopiona w prawie dwutygodniowych ciemnościach, temperatura na zewnątrz schodziła do minus dwustu stopni Celsjusza, a o wiele przyjemniej i bezpieczniej pracowało się w stustopniowym upale podczas dnia” –  jak którakolwiek z tych temperatur miałaby być przyjemna czy nawet bezpieczna? Piszesz tylko tyle, co przytoczyłam wyżej, zero wyjaśnień, zero wzmianek o jakiejkolwiek technologii, która czyniłaby pracę w którejkolwiek z tych temperatur przyjemniejszą, nic. (R2b)
* „Jednym z takich krajów była Polska, gdzie na technologie i loty kosmiczne już od wielu dekad kładziono duży nacisk.   Ogromnym impulsem do inwestowania w biznes pozaziemski były sukcesy Klaudiusza Pisaka, który stworzywszy międzynarodowe konsorcjum Uni-Serch, dorobił się na eksploracji układu słonecznego i poszukiwaniach niewystępujących na Ziemi minerałów.” – a pieniądze na to wszystko znalazły się po tym, jak rząd przestał je wydawać na autostrady. Naprawdę sobie nie pomagasz osadzaniem akcji w ziemskich realiach, bo potrzeba o wiele więcej wyjaśnień, niż nam dajesz, by uwierzyć, że tak faktycznie mogło być. Jakim cudem Polska, nasza rozwijająca się Polska, w której skrajnej biedy wcale nie trzeba daleko szukać, politycy nie dają rady nawet wybudować tych obiecanych autostrad na czas, znalazła pieniądze na to wszystko? Kiedy nastała sprzyjająca takim rozwojom polityczna stabilność? Wyjaśnienia, wyjaśnienia, wyjaśnienia! (R2b)
* „Manifestujący tłum ustawił się po obu stronach szerokiego holu, przy punkach obsługi i sklepach wolnocłowych, w których można było nabyć wszelkiego rodzaju gadżety, jak niecenzuralne programy do projektorów […]” – pornografia to złe słowo czy w 2110 roku co innego uznaje się za niecenzuralne? To drugie miałoby więcej sensu, ale znowu, brak dalszych wyjaśnień czy poruszania tego tematu, więc nie wiem, czy nieudolnie próbujesz dać do zrozumienia, że w przeciągu stu lat zmieniły się standardy, czy może wracamy do problemu określania rzeczy za pomocą kilku słów, kiedy jedno w zupełności wystarcza. (R2b)
* „Azjatka kiwnęła głową. […] Zresztą socjaliści byli w opozycji, nie mieli na tyle władzy żeby sprawę rozdmuchać.” – mowa o polityce polskiej, nie międzynarodowej. Taka polska polityka się zrobiła ważna, że nawet Japonka wie, co, kto, z kim i dlaczego? Czy ona mieszka w Polsce, że to wszystko wie, rozmawia o tym z Aleksem (co, biorąc pod uwagę naturę jego zainteresowania Mirako, jest jeszcze mniej prawdopodobne), Polska faktycznie się zrobiła tak ważna, że wszystkie państwa śledzą jej politykę tak, jak teraz śledzimy amerykańską? Brak wyjaśnień coraz bardziej i bardziej Ci szkodzi. (R5c)
* „Wilgotne oczy raz za razem roniły łzy, które spływały po spuchniętych policzkach pozostawiając na nich delikatne ciemne smugi rozmytego makijażu.” – mamy XXII wiek, a wodoodporny makijaż nadal jest do niczego/niewodoodporny makijaż nadal jest standardem? Za sto lat, kiedy już teraz Japończycy i Koreańczycy produkują kosmetyki, których nie tknie nic, nawet tsunami, poza przeznaczonymi po temu zmywaczami (mówię to z własnego doświadczenia)? Ja rozumiem, że rozmyty makijaż jest bardziej dramatyczny, ale nie zapominajmy, że w Twoim przypadku, kiedy wyjaśnień i wprowadzania jest tyle, co kot napłakał, nawet takimi pierdołami podkopujesz wiarygodność swoich realiów. A kiedy chodzi o drobiazgi, to nie trzeba dopisywać aż tyle, co w przypadku np. wszystkich kwestii związanych z silną ekonomicznie i politycznie stabilną Polską, ot, jedno zdanie góra. (R6a)
* „Zaczynało do niego docierać, co tak naprawdę stało się w kraju, w Polsce.   Jakie konsekwencje może mieć zmiana będącej u steru niemal pół wieku ekipy rządzącej.  Dotychczas mówiło się o tym tylko w żartach, wspominało na łamach rysunkowych felietonów »Wyborczej« - ostatniej drukowanej na papierze polskiej gazety.” – po pierwsze: jeśli kraj faktycznie jest stabilny, to te konsekwencje nie muszą być aż takie wywrotowe. Rządząca w Japonii praktycznie bez przerwy od 1955 roku Partia Liberalno-Demokratyczna po raz pierwszy naprawdę straciła władzę w 2008 (niby przegrała wybory także w 1993, ale to był taki szok, że ośmiopartyjna koalicja nie była na to przygotowana i po jakichś 10 miesiącach wszystko wróciło do stanu sprzed wyborów) i obyło się bez wywracania kraju do góry nogami. Po drugie zaś, które wynika z pierwszego: postraszyć, że „och!, och!, ale będą konsekwencje” każdy może. Ty jesteś autorem i właśnie próbujesz (bardzo nieudolne) przekonać Czytelnika do swojej wersji wydarzeń, więc go przekonaj! Przestań się bawić w ciuciubabkę, tylko jasno powiedz, jakie to mogę być konsekwencje i dlaczego, skoro Polska była na tyle stabilna, by rozwijać swoje programy eksploracji kosmosu, miałaby się niemalże zapaść, bo po półwieczu zmieniła się partia u władzy. (R6a)
* „W końcu Polska była wzorem dla całego świata; najbardziej stabilnym politycznie państwem od dekad…  Co teraz będzie? – pomyślał.” – powtarzam poprzednie pytania: DLACZEGO?! Wyjaśniaj, człowieku, jeśli ktokolwiek ma Ci przytaknąć, że owszem, tak mogłoby się wydarzyć. Tak drastyczne zmiany w tak krótkim czasie nie biorą się z niczego, więc uzasadniaj. W dodatku piszesz scy-fy, możesz sobie pozwolić na dodanie mu elementu historii alternatywnej i, przykładowo, zacząć uzasadniać te zmiany już od Smoleńska. Wypadek, w którym ginie znaczna część rządu, to naprawdę dobry punkt, by zacząć historię alternatywną i pokazać, że od tego momentu zaczęły się dla Polski zmiany na lepsze, ale w swoim unikaniu konkretów pozbawiasz się nawet tak prostych rozwiązań jak to. U-ZA-SA-DNIAJ! DA-WAJ DO-WO-DY! TŁU-MACZ! W przeciwnym razie po co w ogóle się bawisz w osadzanie akcji w Polsce, równie dobrze mógłbyś wszystko wymyślić od nowa, kto wie, może nawet byłoby Ci łatwiej. (R6a)
Ogólnie rzecz biorąc, najbardziej krucho jest u Ciebie ze wszystkim, co się tyczy Polski, a w tym chyba szczególnie z uwiarygadnianiem świata od strony polityczno-ekonomicznej. Wymyśliłeś sobie, że Polska ma być prawie że politycznym gigantem, którego losy obserwują wszyscy, ale nie pokazujesz, jak do tego doszło, w jaki sposób kraj, który jeszcze dziś powoli, powoli podnosi się z lat socjalizmu, który siedzi mocno w garści Kościoła Katolickiego, nagle ma program kosmiczny godny USA, przez pół wieku był tak stabilny politycznie jak Japonia i jeszcze zdołał tak wyrównać sytuację ekonomiczną własnego narodu, że nawet w takiej Chamburgerii, o której wspominasz, że jest relatywnie kiepskim miejscem, nie ma skrajnej biedy z dzisiejszych czasów. Patrząc na sam tekst, wygląda to, jakbyś uznał, że wystarczy powiedzieć „To jest Polska za sto lat, handlujcie tym” i wszyscy stwierdzą „okej, pohandlujemy”. Sto lat to niedługo, sto lat to dla wielu ludzi na świecie nawet nie koniec życia, ba!, przez sto lat wcale nie nastąpiło tak wiele zmian społecznych czy w myśleniu przeciętnego Kowalskiego: kobiety jak walczyły o równouprawnienie, tak nadal walczą, zmieniły się tylko konkretne żądania; mnóstwo mitów na temat seksu nadal krąży sobie spokojnie po ludziach; w wielu krajach poziom piśmiennictwa wcale nie wzrósł aż tak znacząco; rasizm jak sobie był, tak pozostał. Mamy lepsze zabawki, ale nadal myślimy bardzo podobnie co nasi dziadkowie czy pradziadkowie na początku dwudziestego wieku. Skoro więc próbujesz mi wmówić, że w Twoim świecie przez sto lat mogło zajść tyle wielkich zmian, to nie bądź leniem i to pokaż, udowodnij, przekonaj mniej. Czytelnik nie sięga po książkę, by samemu dopowiadać za autora, dlaczego coś jest tak, a nie inaczej, swój kawał ciężkiej roboty musisz odwalić.
Powtarzam zatem radę, którą powiedziałam na początku tego punktu: albo dokładnie przemyślisz, dlaczego Twoja wizja Polski za sto lat jest właśnie taka, jak to się mogło stać i opiszesz to wszystko w tekście, albo kompletnie zmieniasz zamysł i piszesz o czymś innym. Rozwiązań tego problemu są, tak naprawdę, setki, dwa zasugerowane przeze mnie to tylko wierzchołek góry lodowej – ale jeśli nie ruszysz zadka, aby ten problem rozwiązać, to bardzo poważnie kwestionuję Twoje motywy pisania właśnie tak, właśnie o tym i właśnie z takim tłem akcji, jakie sobie wybrałeś. Na pocieszenie dodam tylko, że na małą skalę, to jest poszczególnie miejsca, nawet Ci idzie, wyobrażam sobie i te futurystyczne mieszkania, i Wrocław jako mieszankę XXII wieku z poprzednimi stuleciami. Szkoda, że to takie liche pocieszenie.

§ Bohaterowie
Żeby nie było, że ciągle tylko psioczę, krytykuję i wytykam – plus za to, że masz głównego bohatera zamiast bohaterki. Od razu widać, że lepiej się czujesz, opisując z męskiej perspektywy i chociaż Makary też nie jest idealnie skonstruowaną postacią (co wynika chyba przede wszystkim z wyrwy pomiędzy planem na postać a zderzeniem z chaotyczną fabułą), to jego prowadzenie idzie Ci z mniejszą ilością zgrzytów.
I, jak już wspomniałam, Aleks zdołał się nieźle zaprezentować dzięki dialogom. Nie lubię go, nie zalicza się do typu ludzi, z którymi chciałabym przebywać, ale patrząc z perspektywy całości, jest chyba najlepiej wykreowaną i poprowadzoną postacią, ma w sobie dość głębi jak na drugi plan, jego zachowania są konsekwentne z charakterem, Czytelnik doskonale rozumie, dlaczego jest właśnie taki i dlaczego zachowuje się właśnie tak, można się nie zgadzać z jego poglądami i go nie lubić, ale trudno byłoby mi odmówić, że Aleks Ci wyszedł.
Niestety, na tym pozytywy się kończą. Zaczynając od banałów, masz brzydką, prawie że blogaskową tendencję do walenia długim, dość szczegółowym opisem wyglądu postaci na samym początku, kiedy ją wprowadzasz i przedstawiasz, po czym kompletnie zapominasz, że one jakikolwiek wygląd w ogóle mają. O ile byłabym w stanie zrozumieć to w przypadku postaci drugo- i trzecioplanowych, o tyle wybitnie mnie to razi w przypadku protagonisty. Gdybym z racji pisania oceny nie przeleciała wzrokiem tego nieszczęsnego drugiego akapitu tekstu, w ogóle bym nie wiedziała, jak Makary wygląda, ponieważ: a) wstawianie opisu wyglądu postaci w jednym dużym kawałku na samym początku opowiadania jest nudne i jeśli ten wygląd nie ma jakiegoś znaczenia w danym momencie i/lub jeśli o wyglądzie nie będziesz przypominać (a tego nie robisz); i b) użyłeś do tego opisu nie tylko powalającej ilości przymiotników (21 słów na 104 w całym akapicie), ale też kiedy jakiekolwiek charakterystyczne cechy szczególne czy przynajmniej wyróżniające się zwroty służące do opisania postaci można policzyć na palcach jednej ręki, to Czytelnik zapomni każde słowo z owego opisu. Jeśli mam być już zupełnie szczera, to jedyna postać, której wygląd jako tako zapamiętałam, to Agatka. Dlaczego? Bo w kolejny akapit przesycony przymiotnikami zdołałeś wcisnąć jedno, ale za to charakterystyczne porównanie: że na tle kamienicy Agatka wyglądała jak „szara, brudna plama”. Pamiętam też, że Alicja miała brązowe włosy, ale to już wynik powtarzania (chyba jedyna postać, której jakakolwiek cecha wyglądu była przypominana). Dlaczego Makaremu, Twojemu protagoniście, facetowi, do którego Czytelnik powinien zapałać jakimś uczuciem, a w najgorszym wypadku przynajmniej nie mijać go obojętnie, nie mogłeś zaoferować podobnych zabiegów? Dlaczego jego wygląd poza tym jednym akapitem praktycznie nie istnieje? Dlaczego nawet w tym jednym akapicie stawiasz na bezbarwność? Jeśli Makary miał być taki bezbarwny, czemu upierasz się przy tym, że akapit poświęcony jego aparycji to dobry sposób na rozpoczęcie powieści? Czemu nie możesz tej bezbarwności/aparycji bohatera pokazać w sposób ciekawszy niż nadmiar przymiotników? I czemu, na Boga, ten schemat musi się powtarzać przy niemal każdej postaci, za tyciusieńkimi wyjątkami Agatki-z-dobrym-porównaniem i Alicji-z-brązowymi-włosami? Ponownie, przypomnij sobie swoje ulubione powieści, swoich ulubionych bohaterów. Strzelam, że nawet jeśli nie czytałeś tych książek od lat, to nadal pamiętasz dokładnie, jak ulubione postaci wyglądały, prawda? Wróć do tych książek, przeczytaj te opisy jeszcze raz i spróbuj dociec, dlaczego pozostały w Twojej pamięci tak długo oraz co takiego robisz źle.
Drugim zarzutem jest fakt, że wiele z Twoich postaci i tak kończą porzucone gdzieś na tyłach drugiego planu, jeśli mają szczęście. Zdają się bardziej pionkami, narzędziami niezbędnymi, by Makary przeszedł z jednego punktu do kolejnego, niż postaciami z krwi i kości. Wyjątkiem, jak łatwo się domyślić, jest wspomniany już Aleks, na którego miałeś pomysł i którego konsekwentnie kreujesz według tego pomysłu, jako jedyny ze wszystkich wydaje się pełen. Cała reszta? Są, a za chwilę ich nie ma, bo już nie są potrzebni. Przez to czasem trudno się połapać, kto w końcu jest postacią drugoplanową, a kto bohaterem epizodycznym. Niby wymienię iluś z imion czy nazwisk, ale zazwyczaj wyłącznie z powodu wydarzeń, w które te postaci wplątałeś i tylko jeśli te wydarzenia jakoś mnie poruszyły (a zazwyczaj ruszały mnie w negatywny sposób). I, jak tak o tym myślę teraz, są to tylko postaci kobiece, w jakiś sposób związane z Makarym: Ewa-ofiara gwałtu (który to gwałt był jedynie niezbędnym dla dalszych wydarzeń katalizatorem, w dodatku nadal nie do końca mnie przekonałeś, że mogłoby się obyć bez naprawdę poważnych konsekwencji), Alicja-narzeczona (jej rola, póki co, to wyłącznie bycie tą narzeczoną, ewentualnie wspomnienie, że Makary powinien się czuć winny i „och, przecież normalnie by Alicji nie zdradził, ale ups, nie może się powstrzymać i znowu hops komuś między nogi”), Dori (która zaczęła fajnie, o, pani profesor, chociaż Makary ją najpierw oszukał co do autorstwa owego tekstu, a potem bum, znów Makary nie utrzymał sprzętu w spodniach, bo „ta choroba rzadka bardzo i nie ma na nią wpływu”) i Sylwia (wyjątkowo – jeszcze? – nie obiekt seksualnego braku kontroli Makarego, ale za to wyskakująca jak Filip z konopi z konspirą wielką, która póki co dopiero czeka na rozwiązanie). Jak sam widzisz, to że potrafię te postaci wymienić, nie jest aż takim dobrym znakiem, bo ich kreacja jest płytka, a moja pamięć o nich wynika wyłącznie z tego, że mam uwagi do związanych z nimi wydarzeń. Zadbaj trochę o ten drugi plan. A żeby o drugi plan zadbać jak należy, myślę, że powinieneś wpierw zadbać o samą fabułę. Ponownie: zwolnij, nie szczędź opisów, prowadź Czytelnika po swoim świecie i zapoznaj go z postaciami, zamiast tak skakać z kwiatka na kwiatek jak Makary wyrywa się, by uprawiać seks.
I wreszcie: Makary. Oj, tutaj brak opisów, kontekstu, wprowadzania w psychikę bohatera i ogólnie większej ilości słów mijających między wydarzeniami najbardziej działa na Twoją niekorzyść. W jego przypadku aż za bardzo widać, że niespecjalnie umiesz się postawić na miejscu Czytelnika i to, co Tobie wydaje się przeciąganiem ujawnienia odpowiedzi, w rzeczywistości Czytelnik odbiera jako chaos na chaosie chaosem popędzanym – i ostatecznie nijak nie da się Makarego lubić. Prawdę mówiąc, jeśli ten początek powieści by mnie nie odstraszył, to chyba nie zaszłabym dalej niż góra do końca drugiego rozdziału, bo ciągłe tłumaczenie wybryków protagonisty, że „to tak nagle i on sam nie wie, dlaczego to zrobił” przestaje wystarczać bardzo szybko. Sam na niego spójrz! Zaczyna jako całkiem normalny facet, który czeka tylko na powrót do domu i do narzeczonej – a potem bum!, gwałt na hostessie, atak na jakiegoś obcego protestującego, nagły seks z Dori, od razu po tym kolejne pobicie, w międzyczasie kilka innych scen Makarego bawiącego się holograficzną pornografią i biorącego narkotyki… Niemal każdy seks (poza tym holograficznym, ma się rozumieć) obramowany jest pustymi frazami samego bohatera, że przecież nie zdradziłby narzeczonej i och, wyrzuty sumienia bardzo. Po każdym pobiciu mamy jeszcze więcej pustych słów, że to nie on, on się tak nie zachowuje, ale nie wie kompletnie, czemu jednak się zachowuje. Przy czym ani te wyrzuty sumienia, ani te retoryczne pytania do samego siebie nigdy nie trwają długo, Makary pomyśli o tym przez chwilę, krótki akapit góra, po czym lecisz dalej z jego „przygodami”. A teraz, patrząc na to wszystko z tej perspektywy, sam powiedz: czy gdybyś Ty czytał o takiej postaci, której motywów nie jesteś w stanie pojąć, bo autor ich nie wyjaśnia, kiedy wszystko zbywane jest tekstami w stylu „ja taki nie jestem, ale nie wiedzieć czemu, nie mogę się powstrzymać”, kiedy podobnych epizodów robi się coraz więcej i jako Czytelnik tracisz już nadzieję na jakiekolwiek wyjaśnienie, zaś jedyne co Makary robi, to używa sobie seksualnie, bierze narkotyki, wdaje się w bijatyki i w tych rzadkich momentach spokoju pisze… Naprawdę polubiłbyś takiego bohatera? Naprawdę chciałbyś o nim czytać, kiedy autor poświęca tak niewiele uwagi jego psychice, a tak dużo jego seksualnym i agresywnym wybrykom? Ja zdecydowanie nie chcę. Gdyby Makarego uwiarygodnić od strony psychicznej, gdyby te wszystkie epizody faktycznie w jakiś sposób go ruszyły (bardziej niż do krótkiego, dość angstowego akapitu rozmyślań pt. „łobosze, ale że jak to?!”), a także gdyby te epizody nie następowały po sobie niemalże od razu, jeden po drugim, to być może Makary nabrałby głębi, być może, może!, stałby się znośny na tyle, bym chciała czytać dalej i w końcu to wyjaśnienie jego nagłej przemiany w dresiarza spod bloku na bardzo kiepskiej dzielnicy, który na dodatek ma gorszą samokontrolę od żyjącej w dziczy kapucynki. Jednak w obecnym stanie to wyjaśnienie znam wyłącznie z powodu oceny, której napisanie motywowało mnie do brnięcia przez „Euforię” dalej (chociaż przyznaję, że nie byłam w stanie znieść więcej niż jeden rozdział dziennie). Gdybym zaczęła czytać z własnej woli, to, jak już powiedziałam, zamknęłabym kartę z Twoim blogiem wieki temu, jeszcze na samym początku i prawdopodobnie już nie wróciła.
Dobrze, rant over. Powiedziałam to już parokroć, ale jako że to ważne, to powtórzę po raz kolejny: zwolnij. Jeśli Makary i jego zachowania mają być wiarygodne, a przynajmniej nie irytować chamskością oraz chaosem, musisz swojego bohatera uwiarygodnić psychicznie. Jeśli faktycznie ma wyrzuty sumienia, to niech te wyrzuty nie kończą się ledwo spojrzy na cokolwiek innego wokół siebie, co odwróci jego uwagę od zmartwień. Jeśli jest zdziwiony/przerażony/cokolwiek swoimi nagłymi wybuchami, pokaż to zdziwienie/przerażenie/cokolwiek, niech Makary myśli o tym dłużej niż góra króciutki akapit, który w czasie rzeczywistym nie równa się nawet minucie. Nie zmuszam Cię do zrobienia z „Euforii” powieści psychologicznej – ale też musisz określić, jaki gatunek piszesz i ewentualnie z elementami jakich innych gatunków. Uwiarygodnić takie zachowanie bohatera musisz, nie możesz zostawiać Czytelnika z chaosem w głowie i wrażeniem, że czyta o ostatnim chamie na świecie, kiedy wcale nie musi o kimś takim chcieć czytać. Ale kiedy będziesz wiedział, co piszesz, będziesz też wiedział, ile więcej napisać, by i zachowania bohatera stały się wiarygodniejsze, i tekst nie stał się nagle zupełnie innym gatunkiem. Z Makarego można by wyciągnąć coś ciekawego, bo znowu, to nie pomysł jest zły, tylko wykonanie do bani. Trzeba się jedynie postarać, by z pomysłu wyciągnąć to co dobre i to odpowiednio przedstawić.
Możesz też próbować pisać „Euforię” z założeniem, że Czytelnik nie ma lubić głównego bohatera, ale to jest zadanie cholernie trudne i, bez urazy, ale na chwilę obecną zdecydowanie za trudne dla Ciebie, skoro ledwo jedną postać zdołałeś dobrze przedstawić i tylko jedną w miarę obrazowo pokazać z wyglądu. Ba, niejeden pisarz z sukcesami na koncie by przy takim zadaniu poległ.

§ Poprawność
A. Językowa
Bardzo szybko po wejściu na bloga rzuca się w oczy fakt, iż nie piszesz dialogów od akapitu. Popraw to jak najszybciej, bo to taka pierdoła, a tak znacząco wpływa na odbiór tekstu i to nie tylko ten wizualny. To samo tyczy się podwójnych spacji przed i po pauzach dialogowych (które w Twoim wypadku są dywizami – to też popraw, proszę). Robiłeś to trzy lata temu, robisz to teraz, nie wiem, czy masz jakiś problem z klawiszem spacji, ale wątpię, bo fakt, że robisz to konsekwentnie i w tych samych miejscach wskazuje na celowość zabiegu, ale błagam, zmień to! Ctrl + F w Wordzie, wybierasz opcję zamień, w pierwszym polu wstawiasz dwie spacje, w drugim jedną, klikasz w „zamień wszystko” i po problemie. Zajmuje to kilka sekund, a poprawa w odbiorze tekstu jest kolosalna!
Co do reszty błędów… Hm, nie, nie będę się rozdrabniać, tu też nie zauważyłam większych zmian w porównaniu z tym, jak było, co najwyżej zdołałeś poskromić nadzaimkozę w zaimkach dzierżawczych, wielokropki oraz do pewnego stopnia mieszające się czasy. Szczerze? Jeśli na tym etapie nadal masz problemy interpunkcyjne czy ortograficzne (szczególnie partykuła „nie” z częściami mowy), to radziłabym skorzystać z pomocy dobrej bety. Łatwiej się nauczysz, kiedy ktoś cały czas będzie Ci wytykał to samo i za każdym razem zmuszał do jego poprawienia, a przy okazji może na tym zyskać także Twój styl, jeśli beta będzie lepsza niż tylko dobra. Bądźmy ze sobą szczerzy: sporadyczne oceny pomagają w takich sprawach tylko wtedy, kiedy ma się dość czasu i samozaparcia, by samodzielnie się dokształcać. Nie każdy ma czas, nie każdy ma samozaparcie, a kiedy tyle jest w Internecie osób chętnych pomóc obcym poprawić tekst przynajmniej pod kątem językowym, dlaczego by nie skorzystać?
Listę pierdółek, które sobie wypisałam, zamieszczam poniżej, acz ostrzegam, iż nie wszystko się na niej znalazło – naprawdę nie chce mi się przystawać przy każdym „nie” zapisanym oddzielnie wtedy, gdy powinno być łącznie.
* „Byłem pierwszym człowiekiem, który postawił stopę na Ganimedesie; jedynym, który był tu trzydzieści razy, a ciągle nie mogę nakarmić oczu, ciągle mi mało” – po pierwsze: uciekła kropka. Po drugie: nacieszyć oczu. (R1a)
* „Minęło cztery lata od momentu […]” – minęły, bo te lata. (R1a)
* „Ze zdziwieniem spojrzał na urodziwą hostessę, która odezwała się po Polsku.” – po polsku, małą literą. (R1b)
* „-   Dobra, Stanley, uspokój się. […] kontynuował w znacznie lepszym humorze.” – a dlaczego nie kontynuujemy wypowiedzi tej samej osoby, tylko zaczynamy ją od nowego wersu? (R2b)
* „By się uspokoić, nalał po szklance leciwej szkockiej […]” – pierwsze się spotykam z użyciem przymiotnika „leciwy” w odniesieniu do alkoholu. (R2b)
* „Nie pożądany bałagan, usunąć.” – łącznie. (R3a)
* „-  To moje siostry: Joan – wskazała na brunetkę ubraną w krótkie plażowe spodnie i czarną, obcisłą koszulkę, z którą jeszcze przed chwilą się całowała; Sandy – na dźwięk tego imienia wesoła, długowłosa blondynka w białym bikini uderzyła kilkakrotnie w bębny; Jackie – wskazała na drugą brunetkę w lokowanych włosach i z kwiecistym wiankiem na głowie, po swojej prawej stronie, trzymającą w rękach gitarę basową; i Lita  -  stojąca najbardziej na prawo, postawna blond gitarzystka, machnęła ręką na powitanie.” – średnik nie oddziela wypowiedzi postaci od komentarzy narratora. Do tego służy pauza dialogowa. (R3a)
* „Zresztą nie ważne, mów normalnie.” – łącznie. (R4a)
* „Byle by się pan nie denerwował […]” – byleby, łącznie. (R4a)
* „Powiedź, kto to napisał?” – powiedz. (R4c)
* „[…] ale uznał, że to teraz nie istotne.” – łącznie. (R5c)
* „Spoglądał na znudzoną wykładem Mirako, podziwiając jej śliczne lico.  To znowu na profesora Pipkiewicza […]” – jeśli zamierzałeś użyć konstrukcji „to na X, to na Y”, to trzymaj ją, proszę, w tym samym zdaniu. (R5c)
* „Teraz to, z przeproszeniem, wszyscy po dupie dostaną” – za przeproszeniem. (R5c)
* „A przecież nie wezmę go teraz ze sobą do WICK’a (Warszawski Instytut Chorób Kosmicznych).” – srsly? W dialogu? Opanuj się! (R6b)
* „ze to wszystko  co się ostatnio wokół ciebie dzieje nie trzyma się kupy...” – że. (R6c)

B. Logika
Tutaj też nie zapomniałeś do tekstu dołożyć.
* „Rzadkie włosy obcinał krótko, kamuflując postępującą mimo młodego wieku łysinę – co w połączeniu z opływową, charakterystyczną budową czaszki sprawiało, że jego postać emanowała zwierzęcością i futuryzmem.” – que? Jak można „emanować zwierzęcością i fututyzmem”, i to w dodatku dzięki łysinie i opływowej budowie czaszki? Nie mam zielonego pojęcia, jaki obrazek próbowałeś tu namalować (chyba jakiegoś drugiego Voldemorta), ale śmiem wątpić, że właśnie o taki efekt – skonfundowania i skojarzeń z Voldemortem – Ci chodziło… (R1a)
* „Oparcie fotela nieco obniżyło się, światło zblakło, a receptory zapachowe zaczęły wyzwalać przyjemny, leśny zapach, który uwielbiał.” – po pierwsze: światło gaśnie, nie blaknie. Po drugie: receptor, jak sama nazwa wskazuje, odbiera bodźce, nie je wyzwala. (R2a)
* „Po prostu odepchnął wszelkie myśli, odłożył czynności, którymi powinien zająć się po powrocie z misji i przyłożył fikuśny aplikator do nadgarstka.” – a, przepraszam, co czyniło ten aplikator wymyślnym lub zabawnym, ergo: fikuśnym? (R3a)
* „Zapiął szczelniej fioletowy szlafrok, dokładnie ukrywając fragmenty nagiego ciała […]” – szlafrok się wiąże, nie zapina. (R4a)
* „Umyłam ci latawca   -  rozległ się znajomy głos […]” – to przeoczenie czy lataki określa się też mianem latawców, tylko nie wiedziałeś, jak to jaśniej przedstawić? (R4c)
* „Sprawiał wrażenie silnego, biorąc pod uwagę zwisające spod szarego bezrękawnika, solidne ramiona i wystające spod kusych spodenek, obszerne uda.” – o takie kuse spodenki chodziło? Jeśli nie, to winą obarczaj kiepsko użyty przymiotnik. (R4c)
* „Nagle całe mieszkanie ożyło, jakby wszystkie roboty i urządzenia udawały tylko bezruch, a tak naprawdę czekały na pobudkę głównego lokatora, by w końcu móc się do czegoś przydać.” – jedyne, do czego to „jakby” się odnosi, to udawanie – a skoro reszta się zgadza, to owo „jakby” sprawia, że zdanie brzmi dziwnie, jakbyś nie potrafił Czytelnika przekonać, że takie coś może być rzeczywistością. (R5a)
* „Narkotyk blokuje działanie enzymu tak jak przypuszczałeś, Heniu, mamy dowód.” – żeby to był dowód, to musiałby się potwierdzić także w innych przypadkach. Póki co mają jedynie „lekarstwo” dla jednego pacjenta – które to „lekarstwo” na tym etapie wcale nie ma obowiązku pomóc komukolwiek poza Makarym. (R5c)
* „Że oskarżenia o »sakoku«, podejrzane eksperymenty, czy nawet szpiegostwo gospodarcze, bo i takie się pojawiały, są wyssane z palca, a my nie mamy nic do ukrycia.” – nie mam pojęcia, o jakim „sakoku” mówisz, ja znam tylko jedno (politykę narodowej izolacji stosowanej przez rząd japoński w latach 1603-1868), a kontekst nie wskazuje, że mówisz właśnie o tym. Ergo: wyjaśnienia! (R5c)
* „Cytrusowy zapach feromonów, którymi automat nasączył koszulkę dodał mu nieco energii.” – z tego zdania wynika, że to odświeżaczowi zapach dodał energii – a później, że to odświeżacz przepłukał twarz itd. A przy okazji naprawdę? Makary ma problemy z opanowaniem własnego przyrodzenia i chce się jeszcze psikać feromonami? Mało mu problemów w życiu? (R6a)
* „Wypił szklankę wody, a następnie uruchomił komunikator.” – komunikator, który wziął ze sobą, czy komunikator, który wbudowany był gdzieś w kiblu? (R6a)
* „Może się to wydawać dziwne, ale z tego co pan nam opowiedział łatwo wywnioskować, że erotyczne holo-doznania zmniejszają popęd i agresję generowane przez enzym.  W ten sam sposób dział holo-resocjalizacja. Doktor Wasilewski wyposaży pana w przenośny analizer, który wszystko zrobi za pana.” – zaraz, ten analizer to chyba raczej do krwi, nie do masturbacji, czyż nie? Więc czemu doktor tak skacze z tematu na temat, zamiast się wysłowić logicznym cięgiem? (R6b)
* „THE END.” – Makary pisze powieść po polsku, ale wali “The Endem” zamiast napisać ładnie “Koniec”? Chce być bardziej cool, szpanować na dzielni obcymi językami czy jak? (R6b)
* „Gdy skończyła oględziny, jej kości policzkowe nieco wychyliły się poza naturalną płaszczyznę twarzy […]” – z całym szacunkiem na jaki mnie stać, ale tak durnego tekstu nie widziałam na ocenianych przeze mnie blogaskach od baaardzo dawna. Jeśli jeszcze nie zdołałam Cię przekonać, że udziwnianie rzeczy prostych zazwyczaj kończy się pisaniem głupizn czy niezamierzonym wywoływaniem u Czytelnika śmiechu, niech to będzie Twoją ostateczną przestrogą. (R6c)

§ Oryginalność
Sama nie wiem. Scy-fy nie jest najbardziej popularnym gatunkiem na blogach, ale czy poza tym widzę tu cokolwiek jeszcze? Zalążki ewentualnie, bo parę pomysłów faktycznie coś w sobie ma, ale że wykonanie ogólnie siada, to i rzeczywistej oryginalności pomysłów mogę się, tak naprawdę, jedynie domyślać. Na razie pozwolę sobie nie przechylić szali w którąkolwiek stronę w tej kwestii.

§ Inne
* „Uruchomił podręczny komunikator, na którego ekranie pojawiła się urodziwa kobieta, o azjatyckich rysach  i słodkim choć inteligentnym wyrazie twarzy.” – tu wychodzi ze mnie zboczenie zawodowe, ale można to też podpiąć pod Twoje wahania w kwestii tego, kiedy jesteś konkretny, a kiedy nie. Azja to ogromne miejsce, prawie 9% powierzchni CAŁEJ ZIEMI, i uwzględnia przynajmniej kilka ras ludzi. Masz narratora wszechwiedzącego, a i Makary wie, o kogo chodzi, dlaczego więc nie określisz dokładnie, jakiego kobieta jest pochodzenia? Bo pod azjatyckimi rysami kryć się może i Pakistanka, i Tajka, i Mongolka, i Syberyjka, i Iranka, a gdyby stały w rzędzie jedna obok drugiej, nie sposób ich ze sobą pomylić. (R1a)

§ Podsumowanie
Nie powiem, trochę kapitańskiego rumu poszło, żeby ostatecznie się zdecydować. To nie był łatwy orzech do zgryzienia, ale ostatecznie czeka Cię CELA POD POKŁADEM.
Drogi R. Batesie, gdybym nie znała Twojego wcześniejszego tworu, niewykluczone, że dostałbyś Szorowanie pokładu. Jednak znam. I „Euforia” może i jest nową historią, ale w trakcie lektury miałam bardzo silne wrażenie, że nie ruszyłeś do przodu ani o krok, nie licząc ewentualnego oszlifowania niektórych wad językowych. Od Twojej ostatniej oceny jeszcze na Ławie minęły dwa lata z hakiem, a od mojej oceny „Temidy” – ponad trzy. Przeczytać coś pióra tej samej osoby po tak długiej przerwie i nie zobaczyć zmian jest, delikatnie rzecz ujmując, rozczarowujące, zwłaszcza kiedy mam świadomość, że nie próżnowałeś przez ten czas i kiedy pamiętam, że rokowałeś dobrze (w końcu pomiędzy „Magiwoodem” a „Temidą” zdołałeś wskoczyć o całą ocenę wyżej). Dodajmy do tego, że niektóre uwagi ogólne są wręcz takie same jak w poprzednich ocenach, jak na przykład przy kreacji świata – musiałam Cię potraktować surowiej.
Co mogę poradzić oprócz tego, co powiedziałam już przy okazji konkretnych problemów? Cóż, być może się mylę, ale odnoszę wrażenie, że cały czas piszesz i próbujesz się poprawić sam. To godne pochwały, ale powtarzam: sami możemy dojść wyłącznie do pewnego momentu i aby przezeń przebrnąć, potrzebna jest pomoc z zewnątrz. Zatem radzę Ci znaleźć kogoś do pomocy na bieżąco, redaktora najlepiej, acz osoba wystarczająco wyczulona na wszelkie problemy i stylistyczne, i fabularne też się nada. Wiem, że wcale niełatwo taką znaleźć, ale jak już się uda, to jej pomoc warta jest wszelkiego zachodu. Mam wrażenie, że sam zrobiłeś już tyle, ile mogłeś, by się poprawić, skoro teksty pisane z trzyletnią przerwą niewiele się, jak dla mnie, różnią poza pomysłami. Czas pisać pod czujnym okiem kogoś, kto spojrzy na Twój tekst i jako Czytelnik, i jako redaktor, kto być może ma zupełnie inne poglądy na pisanie, zwraca uwagę na kompletnie odmienne sprawy i komu co innego brzmi dobrze. Bez tego obawiam się, że możesz nie być w stanie przebić się przez tę barierę, przy której jesteś teraz, chociaż, oczywiście, mogę się mylić – ale w takim wypadku zastanów się też, czy prędzej udowodniłbyś mi ten błąd, ćwicząc samodzielnie, czy z czyjąś pomocą?
Pozdrawiam tedy i do następnej oceny!